| Rozdział XIX |
|
|
|
| Wpisany przez Administrator | |||||||||||||||||
| Środa, 27 Maj 2009 13:58 | |||||||||||||||||
Ludność wiejska na początku XVIII w. Niski poziom rolnictwa. Najwyższe natężenie pańszczyzny. Rozmaitość jej norm. Praca daremna i przenoszenie robót. Poddany jako narzędzie produkcji. Prawodawstwo prywatne. Niewola osobista. Kara śmierci. Handel ludźmi. Przeciw zbiegłym. Jeżeli porównamy współczesne i późniejsze obliczenia ludności Polski w XVIII w., to znajdziemy wśród nich tak wielkie różnice, że opuści nas chęć zaufania któremukolwiek1'. Można jednak z dużym prawdopodobieństwem przyjąć domniemanie Korzona, że włościanie stanowili około 72% ogółu ludności, chociaż ten rachunek nie ma oparcia dowodowego. Chłopi tworzyli następujące kategorie: poddani dóbr szlacheckich, najliczniejsi (według Korzona 3.465.000), poddani dóbr duchownych (860.000), poddani starostw (840.000), poddani ekonomii królewskiej (190.000). wolni (100.000) i holendry (10.000). Należy tu bliżej określić ostatnią grupę i jej nazwę, zmąconą rozmaitymi, często bałamutnymi objaśnieniami. Wyprowadzano ich od pierwszych obcych osadników na ziemi polskiej, których jako karczowników zwano łiaulander, lub też od kolonistów, sprowadzanych do odwadniania bagnisk na prawie holenderskim, czyli flamandzkim2'. I. Baranowski'' daje im wywód inny, niewątpliwy. Skutkiem ucisku religijnego rozpoczęła się emigracja z Holandii. Na początku XVI w. ci wychodźcy zasiedlili żuławę gdańską, bardzo urodzajną, ale zalaną, z którą chłopi miejscowi nie mogli sobie poradzić. Powoli rozpostarła się sieć osad holenderskich po Prusach Zachodnich i posunęła się w górę Wisły obydwoma brzegami. W XVII w. dosięgają Torunia i Włocławka, a nawet zjawiają się na Saskiej Kępie pod Warszawą. W XVIII w. miesza ich kolonizacja z niemiecką. Nazwa Holendry nabiera w Polsce odmiennego znaczenia, przestaje wyrażać narodowość kolonistów i odnosi się do pewnej organizacji społecznej, wzorowanej na dawnym ustroju właściwych osad holenderskich. Setki takich kolonii nowoholenderskich rozrzucone były po całej Wielkopolsce. Byli to wolni dzierżawcy. Czynsz z naprawą tam przestaje być jedynym ich ciężarem, dwory zaczynają ich pociągać do szarwarków i dawania podróży. We wsi Ośnej (1780 r.) z 21 morgów odrabiają 6 dni pieszych i 16 sprzężajnych rocznie. Tymczasem czynsz ciągle narasta. Przykład kontraktu dzierżawnego: 1) osadnik otrzymuje jedną hubę (włókę); 2) płaci 2 flor. wstępnego; 3) karczow-nik dostaje pół huby, uiszcza 1 flor. wstępnego, od innych opłat i powinności jest wolny; 4) annemer (sołtys) pół huby bez powinności; 5) na szkółkę pół huby; 6) po 7 latach wolizny 72 zł czynszu rocznie; 7) po-dymne; 8) wieś wyciągnięta pod linię, a chałupy i zabudowania gospodarcze stoją oddzielnie.
W XVIII w. już nie było czystych gatunków poddaństwa, lecz mieszane, a najpospolitszym i najliczniejszym był typ czynszownika - pań-szczyźniaka, który wypłacał się panu pieniędzmi, robocizną, daninami i rozmaitymi powinnościami, a który zawierał dwie odmiany, zależne od tego, czy w nich przeważał czynsz, czy też pańszczyzna. Co do w o 1-n y c h byli to bądź o k u p n i c y, czynszownicy i dzierżawcy czasowi i wieczyści, wcale nie zabezpieczeni w swym posiadaniu przeciw samowoli panów, bądź też rodzaj błędnych ciał międzyplanetarnych, ludzie nie wcieleni do żadnej warstwy ludowej stale, lecz przyczepiający się do jednej lub drugiej doraźnie'.
Polska była rzeczywiście krajem rolniczym, ale bynajmniej nie w tym znaczeniu, ażeby rolnictwo stanowiło w jej wytwórczości gałąź jakościowo bardzo rozwiniętą. Aż do XVI w. bowiem pozostawało ono wyłącznie w ręku ciemnego, nękanego i wyzyskiwanego chłopstwa, które mogło myśleć tylko o tym, jak odkraść panom z poddaństwa ilość swojej pracy, potrzebną do podtrzymania nędznego żywota, ale nie o doskonaleniu uprawy ziemi2' i hodowli inwentarza. Zarówno wtedy, kiedy Polska pokryta była małymi (jedno - lub parowłókowymi) gospodarstwami dworskimi, otoczonymi wieńcem prawie równych im obszarem gospodarstw chłopskich, tak wtedy, kiedy owe ośrodki pańskie zaczęły się rozszerzać i pochłaniać role swych poddanych, rolnictwo pozostawało na poziomie niższych stopni kultury. Szkół dla niego w kraju nie było, ogólne wykształcenie szlachty, o ile istniało, nie miało żadnego związku z gospodarstwem rolnym, więc gdy ona nawet dostrzegła swój interes w prowadzeniu go na własny rachunek i własnym rozumem, nie umiała spełnić tego trudnego zadania, którego spełnić nie można samą chęcią. A i tej chęci zwykle brakło: szlachcic XVI — XVIII stulecia politykował, hulał, urządzał w swych dobrach niezależne państwa, dogadzał swej samowoli, zwanej przez niego wolnością, ale do pracy w ziemi wcale się nie kwapił, pozostawiając ją swoim poddanym i ich dozorcom. Jeśli zaś niektórych napadła fantazja albo wreszcie potrzeba zajęcia się osobiście rolnictwem, to wkrótce przekonywali się dowodnie, że ta improwizacja nie zastąpi wiedzy, że z głowy najlepiej urodzonego Jowisza Mi-nerwa nie wyskoczy. Ciągnęła się więc z ojców na synów agronomia albo bardzo pierwotna, albo bardzo partacka z zupełną nieznajomością doskonalszych sposobów produkcji i z ogromnym marnotrawstwem sił roboczych. Praca pańszczyźniana jako przymus i wyzysk była z natury swojej lichą, bo poddany używał wszelkich wybiegów, ażeby ją ilościowo zmniejszyć, jakościowo pogorszyć; ale stawała się jeszcze Iichszą dzięki nieznajomości i niedbalstwu jej użytkowników i tępemu brutal-stwu jej bezpośrednich dozorców. Rolnictwo, jak każdy przemysł, wymaga gruntownej wiedzy, długiego doświadczenia i sprawnej organizacji: na to szlachta polska zdobyć się nie mogła. Sama nie pracując, nie umiała cudzej pracy nie tylko ocenić, ale nawet wyzyskać. Właśnie dlatego tak niepomiernie podwyższała pańszczyznę, przypisując słabą wy dajność przymusowych robót nie złemu ich zużytkowaniu, ale za małemu zaciągowi.
Bystry obserwator francuski Rieule1' taki wydał sąd w tym przedmiocie: „Sztuka uprawy ziemi jest jeszcze w Polsce ograniczona do tradycji, grubych praktyk i licznych przesądów. Obszar Polski ma się do obszaru Anglii jak 4 do 1, a ludność Anglii do ludności Polski jak 8 do 4, obie żywią swych mieszkańców, obie mają wywóz równy. Gdyby powiększyć zaludnienie Polski do czwartej części tego, jakie ona powinna mieć i mogłaby wyżywić, wybuchłby w niej głód, tym straszniejszy, że ona nie miałaby prawie żadnych środków, ażeby go usunąć... Produkcja zbożowa w Polsce ma się w stosunku do Francji jak 1 do 4, w stosunku do Anglii jak 1 do 24, do Holandii jak 1 do 48". Jest to zrozumiałe wobec niedoli ludu wiejskiego. „Niech ci, których oburza myśl jego pomyślności, uraczą się jego widokiem w Polsce: zobaczą tam tę szanowną klasę ludzi źle żywionych, źle odzianych, którzy ledwie zachowali postać ludzką, którzy są zgrzybiali przed 40 rokiem życia z braku odżywiania się odpowiedniego ich trudom".
Współczesny autor Uwag praktycznych o poddanych polskich (1790), odtrącając szlachtę, księży, Żydów, Tatarów, włóczęgów, służących i innych „konsumentów", liczy 6.500.000 „prawdziwie roboczego stanu" — producentów. W ich używaniu jest 8/T ziemi uprawnej. Łan kmiecy w trzech polach ma około pół włóki, są wszakże całowłókowe. Powinności z tej roli dla dworu: sześcioma wołami lub czterema końmi 4, 5 i 6 dni pańszczyzny; do wożenia gnojów dwie furmanki; podwody do lasu, do miasta, do spławu rzecznego (fryjoru); rozmaite opłaty i daniny (jaja, kury, miód, itd.); przygotowanie żerdzi i chrustu na płoty; oranie i włóczenie wprzódy na gruncie pańskim, „dla siebie zaś prawie odryw-czo i zaprzężajem zmordowanym"; siew dla pana ziarnem czystym; „poddany, często nie mający na wiosnę chleba, zapożycza się u Żyda lub ekonoma z obowiązkiem oddania z nowego półtory miary lub z nadsy-pem, często z kwotą robocizny lub z wytargowanym wózkiem siana"; dostaje przy tym „zboże podłe, we wschodzie zawodne, zmieszane z plewami, znikłe osobliwie u Żydów". Po siewach jarych roboty przy dworze i gospodarstwie, kośba, podorywki na oziminy. „Pan dla siebie obiera czasy pogodne, dni dżdżyste dla poddanych... Powaby i tłoki (roboty pilne podczas zbiorów) zostawiają domy poddanych pustkami i gospodarstwo w czasie najpotrzebniejszym bez dozoru". Toż samo dzieje się z siewami ozimymi. „Młocka zimowa, arfowanie, wianie, trzymają wieśniaka we dworze, tak iż w nocy musi dla siebie na chleb wy-młacać". Z poddanych pan wybiera lokaja, stangreta, kucharza, kuchcika, fornala, pastucha; pani — garderobiane i dziewki; ekonomowa niańki, piastunki. Wydatki kmiecia: musi chować parobka, fornala, a miejscami poganiacza, dziewkę, pastucha i kątnika, wynagradzać kowala za naprawę narzędzi, dostarczać jadła włóczęgom z obawy podpalenia, opłacać się komisarzom, gubernatorom, ekonomom, księdzu i kościelnym, przechodzącym żołnierzom. Do tego dodać trzeba: wyzysk rozmaitych oficjalistów i dzierżawców, usiłujących podnieść swoje dochody, gwałty okrutników, którzy poddanych zamieniają na parobków, przymus kupowania we dworze zepsutych i lichych towarów oraz sprzedawania Żydom swoich produktów, egzekucje dworskie należności żydowskich, przysiewki na rolach chłopskich karczmarzów, ekonomów, a czasem i dzierżawców — „nie możnaż mówić, że całe piekło chciwości i zdzier-stwa, przemocy i gwałtu spiknęło się na zgubę rolnika?"
Powinności zagrodników, chałupników, komorników są mniejsze, ale również na samowoli pańskiej oparte.
Powiększenia pańszczyzny, która w XVIII doszła do najwyższej skali, dokonywano dwoma sposobami: z jednej strony pomnażaniem dni i rodzajów robót, z drugiej — zmniejszaniem ról kmiecych za pomocą „pomiarów" i wcielaniem ich do folwarcznych. Według Lubomirskiego gospodarstwo kmiece obejmowało w XIV w. 1 łan, w XV — pół łanu, w XVI — trzecią część, a w XVII czwartą. Wśród niewielu odmiennych były to działy typowe. Pańszczyzna, która w XVI w. wynosiła przeważnie 1 — 2 dni tygodniowo, w XVIII dosięgła kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu. Bezpośredni obserwator i znawca stosunków wiejskich XVIII w., ks. T. Ostrowski1' twierdzi, że one nie miały żadnej stałej postaci. Zwykle z osady chłopskiej kobieta i mężczyzna musieli pracować po 3 dni w tygodniu. „W dobrach królewskich pańszczyzna była mniejsza a podatki i ciężary krajowe większe; w szlacheckich zaś robocizna większa a podatki mniejsze". Podobnie wzrosły powinności dodatkowe, daniny i darmochy, które składały tak chaotyczną mieszaninę najrozmaitszych norm, że ich w żadne stałe i powszechne reguły ująć nie można. Przymusowy i tanio płatny najem, odziedziczony po dawnych czasach, ale teraz wzmocniony, był jednym z główniejszych przedmiotów zażaleń chłopskich. „Do tej daremnej pracy — mówi skarga (1789 r.) zamieszczona w lustracji jednego ze starostw mazowieckich2' ,— nie zważają na najsłuszniejsze przyczyny, niedostatek i niemożność, przymuszają wychodzić, a który po nakazaniu nie wyjdzie, zagrabiony niezwłocznie bywa, i to pospolicie zabierają, bez czego przy gospodarstwie żadną miarą obejść się nie można, co wykupywać musimy, lub też zimową porą drzwi i okna wyłamują, aby tern łatwiej tę daremną pracę na nas wymogli". Płacą zaś „kwitkami na arendarza". Skargi poddanych w Justracjach były bardzo częste, ale uwzględniane rzadko i są właściwie jękami chłopstwa przechowywanymi w aktach dla naszych czasów. „Z tych lustracjów — pisze w swym satyrycznym słowniku ks. Jezierski' — takie wynikają skutki: kto posiada dochody, będzie mieć zysk, skarb Rzeczpospolitej będzie mieć oszukanie, chłopi przepisaną powinność, dopóki im nie przyczynią jej więcej, a dla sumienia lustratorom dostanie się krzywoprzysięstwo i honorarium". W ogóle rzec można, że wiek XVIII nie wyrobił nowych form poddaństwa, lecz przejęte w spadku po poprzednich stuleciach mocniej zacisnął.
Był chłop szlachecki najbardziej ubezwładniony i wyzyskany, był kościelny rnniej wyzyskany, był królewski mniej ubezwładniony, ale wszyscy nieszczęśliwi... Autor2', który tak życzliwie dla szlachty tłumaczy najdrobniejsze objawy jej sprawiedliwości względem ludu, że podnosi wypadek, w którym pan po śmierci pewnej wdowy sprzedał dwa pozostawione przez nią woły i pieniądze zachował dla nieobecnego syna, mówi o stosunkach poddańczych XVIII w., które specjalnie badał: „Państwo nie stawiało żadnych przeszkód, gdy dwór zmniejszał rozmiary gospodarstw włościańskich, gdy z kmieci robił małorolnych, a małorolnych przenosił do kategorii bezrolnych wyrobników lub gdy powiększał pańszczyznę do rozmiarów potrzebnych folwarkom". Żadna władza nie zabraniała również panom przenoszenia nieużytych dni pańszczyzny z zimy na lato i gromadzenia w ten sposób oszczędności siły roboczej na czas, w którym ona najkorzystniej mogła być wyzyskana. „Każdy mieszkający na wsi musi być uważany za poddanego, chyba że był szlachcicem albo też mógł się wykazać dokumentem stwierdzającym jego wolność od poddaństwa, a przynajmniej okoliczność ta powinna być stwierdzona wyraźnie w inwentarzu. Co do emfitentów (dzierżawców wieczystych), okupników i czynszowników, są oni wolni tylko od pańszczyzny tygodniowej (nie zawsze), ale pomieszczani są w inwentarzach na równi z poddanymi. Zdarzało się, że dwór jednostkowo lub gromadą przeprowadzał kmieci na czynsz, ale w takich wypadkach nie było nawet mowy o tym, ażeby przez to poddany stawał się człowiekiem wolnym". O ile zaś wolni istnieli, stanowili „znikomą mniejszość ludności włościańskiej". Zastrzec tu trzeba, że inwentarze i przywileje, nadające chłopom względną swobodę i niezależność, zachowywały swą moc o tyle tylko, o ile pan zabezpieczony od wszelkiej odpowiedzialności za bezprawie nie chciał ich unieważnić swoją samowolą. „Ziemie Rzeczypospolitej polskiej — pisze W. Grabski' — przedstawiają w XVIII w. typowy obraz gospodarstwa pańszczyźnianego i stosunków poddańczych na wsi. W ciągu poprzednich stuleci odbywała się stopniowo ewolucja, która zakończyła się zniwelowaniem całej prawie ludności pracującej na roli do stanowiska narzędzi produkcji, będących w usługach jedynie posiadłości folwarcznej... Włościanin był tylko stworzeniem, pozbawionym wszelkich praw społecznych i ludzkich... Kraj cały pokryty był licznymi ubogimi wsiami, w których zagrody włościańskie stanowiły właściwe i jedyne warsztaty ogólnej produkcji rolnej. Szlachcic posiadał dwór, stodoły i spichlerze oraz schronienie dla koni wyjezdnych i paru krów, służących do osobistego użytku jego rodziny i służby domowej. Zagrody włościańskie w swych nędznych budowlach posiadały cały inwentarz roboczy, wszystkie narzędzia i całą siłę ludzką potrzebną do uprawy pól nie tylko włościańskich, lecz zarazem dworskich".
Pańszczyzna, która w XVIII w. dosięgła najwyższego napięcia, mogła bez przeszkód i bezkarnie podnosić się ponad miarę nie tylko słuszności, ale nawet możliwości zadośćuczynienia jej wymaganiom, głównie dzięki absolutnej władzy panów względem poddanych. Pomijając bardzo słabą opiekę sądów referendarskich dla włościan dóbr królewskich, wszystkie inne ich rodzaje znajdowały się pod zupełnym bezprawiem. Wiek XVIII nie powiększył znacznie tego bezprawia, tylko bardziej z nim się oswoił, uznał je za stan normalny. Jak dawniej, tak i teraz panu chodziło głównie o to, ażeby ręce poddanych posłusznie i pracowicie wyrabiały dla niego jak największy dochód. Tę korzyść materialną otrzymywał on również władzą sądową, którą chętnie odstępował swoim podwładnym lub urzędowi miejskiemu, gdy ona nie służyła temu głównemu celowi. Wtedy wymierzali sprawiedliwość albo administrato-rowie, ekonomowie, włodarze, albo „ławy" pod przewodnictwem wójta — sołtysa, który w tej epoce był już tylko oficjalistą dworu. Obok tych instancji istniał sąd gromadzki. Był on odmianą wiecowego lub rugowego, o którym wspominaliśmy, a który zachował się dotąd, gdyż oddawał panom ważne usługi. Zadaniem jego bowiem było na zebraniu wszystkich członków gromady wiejskiej nie tylko załatwiać drobne sprawy bieżące, ale także wydobywać za pomocą dobrowolnych wyznań lub oskarżeń te przewinienia, które mogły się ukryć przed czujnością „zwierzchności" dworskiej, a które należało ukarać lub tylko je poznać. Jest to objawem zrozumiałym, że chłopi niechętnie przyjmowali wszelkie urzędy wiejskie, które nie zmieniając ich położenia pod-dańczego obciążały ich nadto odpowiedzialnością za błędy i niedozory, a jeszcze niechętniej uczestniczyli w tych samosądach gromadzkich, w których roztrząsano ich jawne i skryte czyny lub nakazywano być oskarżycielami (rugownikami). W obu wypadkach dwór musiał używać gróźb i kar dla zniewolenia opornych'.
T. Korzon, rozważając „borykanie się uzbrojonej we władzę chciwości z nędzą bezbronną, zrozpaczoną i w końcu zbydlęconą", twierdzi, że nie znalazł ani jednego wypadku wykonania kary śmierci przez dziedzica na poddanym". Powołuje on się przy tym na głośną swego czasu książkę O poddanych (1788), w której powiedziano: „nie słychać, ażeby kto poddanego propria auctońtate (własną władzą) powiesić kazał, lecz że biednego chłopka na śmierć zaćwiczono, #lbo że od okrutnego smagania spuchł i w kilka dni umarł, to się nieraz praktykuje". Prawda plącze się tu w sieci nieścisłych wyrażeń. Jeśli chodzi o to, czy pan własnym jedynie sądem skazywał chłopa na śmierć i własną ręką albo przynajmniej w swej obecności zawieszał go na szubienicy lub w inny sposób tracił, to rzeczywiście takich wypadków nie znamy. Ale jeżeli chodzi o to, czy on na poddanego łącznie z dobranymi sędziami wiejskimi i miejskimi nie wydawał wyroku śmierci, którego wykonanie odstępował sądowi publicznemu, albo też czy on swoim oficjalistom i służącym nie kazał go kijami, torturami i innymi środkami kaźni zamęczyć, albo wreszcie, czy w przystępie gniewu sam go nie zabił — to takie wypadki, zupełnie stwierdzone, znamy. Że były one rzadkie, widać z uwagi ględnego w swych twierdzeniach Skrzetuskiego1', który powiada: „Ledwo kiedy zjawić się mogły tak dzikie i okrutne stworzenia, które by rozmyślnie i dobrowolnie zabijać poddanego odważyły się" — i dodaje: „Tacy panowie podobno czasem trafić się mogą"
Historia nie potrzebuje ani adwokatów, ani prokuratorów, lecz tylko bezstronnych i nie ulegających fałszywemu wstydowi sędziów, którzy nie zarzucają na prawdę szaty kłamstwa, lecz ją przedstawiają nagą. Niewątpliwie szlachta polska porywcza, w uniesieniu do gwałtu a nawet mordu pochopna, popełniała zabójstwa, ale nie miała w sobie zimnego, spokojnego okrucieństwa szlachty francuskiej lub niemieckiej. Nie zajmując się przy tym sama gospodarstwem i doświadczając ciągle braku sił roboczych, nie chciała się ich pozbywać karami gardłowymi. Zabijała czasem tak chłopa, jak w przystępie furii narownego konia. Byłoby to nawet dziwne, ażeby ci panowie, którzy nie wahali się kijami lub mieczem mordować urodzonych, oszczędzali pracowitych. Zresztą, że takie wypadki zdarzały się, dowodem uchwała sejmu w r. 1768 odbierająca szlachcie jus vitae ac necis — prawo życia i śmierci nad chłopami'.
Potrójna sroga niewola narodu polskiego w łonie państw rozbior-czych, połączona, dla usprawiedliwienia gwałtu, ze spotwarzaniem jego przeszłości, zrodziła w niektórych historykach naszych naturalną chęć nie tylko słusznej obrony, ale nawet zupełnego, niekiedy sofistycznego uniewinnienia szlachty w stosunku do ludu. Według nich lud ten używał względnej niezależności. „Poddaństwo jednak — mówi B. Ulanow-ski' — nie stało się niewolą, nigdy nie pozbawiło kmiecia podmiotowości prawnej, nigdy nie zniżyło go do stanowiska rzeczy". Widzieliśmy, że było inaczej. „Możemy na pewno twierdzić — pisze Bocheński' — że chłop polski w najgorszych czasach nie był niewolnikiem (leibeigener), lecz dziedzicznym poddanym (erbiinterthtinig)". „Jeżeli zapytamy — dowodzi A. Krasiński' — czy polski dziedziczny poddany był niewolnikiem (leibeigener) we właściwym znaczeniu tego słowa, to odpowiedź wypadnie przecząco. Ani prawo, ani zwyczaj powszechny i opinia nie pojmują stosunku ludności poddańczej do panów jako niewolniczy. Wprawdzie szlachcic w swych dobrach posiada nieograniczone prawo zwierzchnictwa, może ukarać chłopa nawet śmiercią, może mu odebrać jego osadę, unicestwić przywileje, przenieść do innego majątku i nałożyć mu wszelkie możliwe służby i powinności, ale należy zawsze rozróżniać dwie rzeczy: władzę sądowniczą nadaną jako przywileje szlachcie i duchowieństwu oraz uprawnienie wynikające ze stosunku służbowego i z powinności poddaństwa. Pan, który działa wbrew swym przyrzeczeniom, przeciwko przyznanym kontraktowo swobodom, przeciwko normom określonym w inwentarzach, popełnia w każdym razie niegodzi-wość, której świadomość wyraża się w opinii publicznej. Ale ponieważ państwo nie ma prawa pociągać go do odpowiedzialności za takie niesłuszne postępowanie, ponieważ mu rząd i sądownictwo na wsi ustąpiono od XVI (?) wieku, przeto jest on ograniczony tylko przez swe sumienie, swój interes i zwyczaj". Można wybaczyć młodemu autorowi, który te niczym nie podszyte słowa napisał w niemieckiej rozprawie doktorskiej, że nie znał lub zapomniał o faktach, które im przeczą; ale trudniej przebaczyć mu, że je ustawił bez żadnego powiązania logicznego. Ułożone w krótki wniosek brzmiałyby one tak: ponieważ pan mógł zrobić z osobą i mieniem poddanego wszystko, co mu się podobało, to poddany nie był niewolnikiem.
„Nie przestaje on być wolnym i nie jest niewolnikiem" również według Kutrzeby'. Szanowny autor opiera swój sąd na tym, że chłop poddany „ma zdolność prawną, ma majątek ruchomy, który do niego należy, którego mu nikt nie ma prawa zabierać. W dobrach królewskich, a także zwykle w duchownych uznają jego prawa dziedziczne do gruntu, choć grunt jest własnością pana. Może i w prywatnych dobrach „okupić" ten grunt, na którym siedzi, i nabyć na nim w ten sposób prawo dziedziczne. To, że jest on tak skrępowany, to jeszcze nie odbiera mu charakteru człowieka wolnego". Niestety, odbiera mu ten charakter dla tej prostej przyczyny, że chłop poddany ani nie „może", ani nie ma „prawa" posiadać i czynić tego, co mu szanowny autor przyznaje. Natomiast może i ma prawo jego pan tak postąpić z nim, jak zechce.
Jordan-Rozwadowski dowodzi, że we wszystkich państwach nowoczesnych, z wyjątkiem Rosji, pańszczyzna nie była osobistą, lecz rzeczową, „to znaczy, że nie posiadacz gruntu osobiście, lecz sam grunt był do niej obowiązany. Niewola tedy w XVIII w. była właściwie tylko źródłem renty i danin, które pod rozmaitymi nazwami i rozmaitymi formami poboru, często w uciążliwej wysokości, prawie zawsze obarczały niewolnika... Ta władza majątku ziemskiego nad ludźmi stanowiła właściwą istotę i najwewnętrzniejsze znaczenie poddaństwa względem majątku, przy czym właściciel był jego przedstawicielem i obrońcą jego interesów".
Czyli — według tego rozumowania — jeżeli pan zabijał chłopa, to nie zabijał go pan, ale ziemia, źródło renty'. Autor najnowszej monografii o wsi XVIII w., J. Rafacz', przeczy również istnieniu w Polsce tego czasu niewoli osobistej, ale przytoczone przez niego dowody stoją przeciw jego twierdzeniu. „Możność sprzedaży chłopa — powiada on — prawo rozporządzania jego majątkiem obok prawa miecza — to trzy znamiona niewoli". Właśnie wszystkie te znamiona odnaleźć można w stosunkach pańsko-poddańczych i w rozprawie autora. Autor przyznaje bowiem, że darowywano i sprzedawano chłopów bez ziemi; że pan regulował małżeństwa poddanych; że mógł zmusić ich do służby lub zajęcia osady; że zatwierdzał ich testamenty; że wojewodzina poznańska Małachowska za ścięcie piętnowanego drzewa groziła „szubienicą i konfiskacją dóbr wszystkich bez żadnej zwłoki i miłosierdzia", że zbieg schwytany i przyprowadzony do dworu podlegał karze śmierci. „Dwór — zaznacza Rafacz — nie miał prawa swobodnego rozporządzania nieruchomościami poddańczymi — bez przyczyny. Wola dziedzica nie wystarczała, o zaistnieniu (?) przyczyny decydował sąd wiejski, z wójtem na czele, a nie pan". Nie pan, który był najwyższą instancją wszelkiej władzy i sądu?
Sprawę istnienia lub nieistnienia niewoli w Polsce rozjaśniliśmy już wyżej z tego stanowiska, że nie należy żądać od wyrazów, ażeby one ciągle zachowywały to samo znaczenie, skoro określone nimi zjawiska ulegają rozwojowej zmianie. Niewola w swej nowożytnej postaci niewątpliwie istniała w Polsce do końca XVIII w. i była nie tylko rzeczową, ale również osobową, chociaż nie posiadała starożytnego warunku, odbierającego poddanemu nawet prawa własności majątku ruchomego, i chociaż nie zachowywały się w niej takie obowiązki, jak drapanie swędzących pleców pana lub łapanie pcheł w jego łóżku, co utrzymywało się długo w niektórych prowincjach niemieckich. „Poddani na roli osiedli i pańszczyznę odrabiający (XVIII w.) — mówi Ostrowski' — nie tylko sami, ale i z potomstwem swym są własnością dziedzica, tak że ich darować, przedać, na inną rolę lub wieś przenieść prawnie wolno". — „Niewola chłopa dóbr ziemskich w Polsce XVIII w. — powiada Korzon*' — nie wyrównywała niewoli starożytnej rzymskiej, ale przewyższała srogością spółczesne poddaństwo francuskie (servage) i niemieckie (Leibeigenschaft), jeżeli nie wszędzie, to przynajmniej w Prusach i niektórych krajach austriackich".
Wystarczy w tym względzie przytoczyć kilka wiarogodnych faktów. Maciej Lanckoroński, stolnik podolski — opowiada Kołłątaj' — dostrzegł w seminarium kleryka, pochodzącego z jego dóbr wodzisławskich, który otrzymał pierwsze święcenie. Nieubłagany magnat zażądał od prefekta wydania kleryka, po odmowie wytoczył proces i uzyskał przychylny wyrok. Ale z powodu święcenia odesłano sprawę do konsystorza, który orzekł, że święcenie było nieprawne i polecił kleryka wydać.
Pułaski, starosta warecki, ojciec słynnego konfederata barskiego, dowiedziawszy się, że w domu Niemcewiczów jest bardzo lubiany kucharz, dawny jego poddany, przysłał po niego i zabrał. „Niedługie było wybieranie się Jana — pisze naoczny świadek Julian Ursyn' — nie stracił on wcale dobrego humoru. Lecz gdy przyszło wyjeżdżać, gdy szlachcic, który przyjechał po niego, z woźnicą zaczęli go okuwać w dyby, dopiero ja zacząłem zanosić się od płaczu po przyjacielu moim i długo utulić się nie dałem".
Autor książki O włościanach z 1791 r.1' pisze, że znał młodego włościanina, który uciekł za granicę i wykształcił się, a gdy go pan odnalazł, „przeznaczył do łowienia ryb, posług różnych i młócenia". Wobec tych i tym podobnych faktów, jaką wartość naukową mają wszelkie zapewnienia o nieistnieniu w Polsce niewoli osobistej i sofisty-czne przenoszenie jej na „rentę ziemi"?
Lubomirski przytacza słowa historyka niemieckiego o niedoli poddanych na Pomorzu. „Mieszkają stłoczeni jak świnie w brudnych i nędznych norach". Co do zbiegłych, prawo nakazywało „ich nazwiska i miejsce urodzenia przybijać na szubienicy, ażeby ich zbezcześcić, a gdy będą schwytani, kat wypali im na policzkach piętno". Co do powinności chłop całkowity (na 32 morgach) odrabia zwykle przez cały tydzień trzema końmi i dwoma ludźmi, a podczas żniw przysyła jeszcze dziewkę. W prowincjach nadbałtyckich (XVIII w.) „chłop nie tylko w posiadanie ziemi i zbudowanej przez niego chaty tak ubezpieczony jak ptak na dachu, ale co do swoich nędznych ruchomości jeszcze mniej pewny. Bo jeżeli pan znajdzie coś u niego, co mu się podoba, konia, bydlę itd., albo zabiera za niską cenę, albo darmo". Kary również były bardzo surowe. Za najmniejsze przewinienie wymierzano chłostę bijąc „dopóty, dopóki rózgi się nie zetną i ciało nie zacznie odpadać".
Jeżeli inne narody nie zacierają w swej historii czarnych plam barbarzyństwa i nie wstydzą się prawdy, bo ona je uczy, a nie zniesławia, dlaczego my mamy ją pokrywać plasterkami kłamstwa lub wykrętnej sofistyki? Trzeba przeszłość badać ściśle i opowiadać jej dzieje rzetelnie.
Chłopi polscy kornie znosili gnębiące ich bezprawie, ale nie tracili świadomości, że są jego ofiarami i że dzieją im się krzywdy. Chociażby zmyślone były przez St. Rzewuskiego słowa zbója Pawlika, tłumaczącego swoją rolę, niemniej doskonale oświetlają położenie. „Panie pułkowniku — rzekł sławny bandyta — nie myśl pan, bym tylko był rozbójnikiem wojennym: masz we mnie wielkiego sprawcę sprawiedliwości. W całej Polsce przy mnie jednym jest jurysdykcja między dziedzicem a chłopem. Jak dziedzic lub ekonom ukrzywdzą chłopa, a ten do mnie uda się ze skargą, zaraz posyłam, żeby mu sprawiedliwość zrobiono, z groźbą, że inaczej tydzień nie minie, a dwór z dymem pójdzie". Rzeczywiście niekiedy tylko z tej strony mógł chłop spodziewać się obrony.
Dla wieku XVIII pozostały tylko drobne dodatki dla wykończenia przez trzysta blisko lat budowanej twierdzy, w której więziono i do której sprowadzano „zbiegłych". Konstytucja z r. 1717 poleca „rozeszłych poddanych królewskich, inwentarzowych, którzy osiadłości swoje mieli i domami mieszkali, listem otworzystym przez woźnego rekwirować — pod karą za niewydanie 100 kóp groszy litewskich". Niezależnie od tej kary poddany „zbiegły z tym, z czym przyszedł", poprzedniemu panu ma być wydany „według konstytucji dawniejszych". W r. 1764 sejm postanowił, ażeby sprawy o zbiegłych z jakiegokolwiek województwa lub powiatu sądzone były w jego grodzie. Uchwała zaś konfederacji generalnej z tegoż roku zabroniła przyjmować służącego „bez atestacji pana" pod karą 1000 grzywien'. — „Zbiegłego poddanego — uczy T. Ostrowski' — ma prawo dziedzic odzyskać, dawniej w pewnym generalnym, potem, w różnym dla różnych województw czasie; dziś na proskrypcję tę względu prawie nie masz".
Na pomoc sejmom w ściganiu zbiegłych przybyła Rada Nieustająca. W r. 1777 wyjaśniła, że ustawa z r. 1685, dozwalająca pozywać zbiegłego w miejscu jego poprzedniego pobytu, dotyczy tylko Księstwa Litewskiego. Tegoż roku wydała rozporządzenie co do odzyskiwania zbiegłych po zapisaniu ich do listy podymnego. Sejm z r. 1776 wszystkie sprawy o poddanych zawiesił do następnego, gdy wszakże ten nie powziął żadnej w tym przedmiocie uchwały, przeto 1779 r. Rada wyjaśniła, że obowiązują przepisy poprzednie. Tegoż roku wydała rezolucję, że zbiegłych za kordonem sądy polskie odzyskiwać nie mogą; 1781 r. — że zbiegłych do Kurlandii należy dochodzić według konstytucji z r. 1768; 1783 — że na mocy tejże konstytucji służących bez świadectw zwalniających przyjmować nie należy.
Bezsilność tych wszystkich zabiegów prawodawczych usiłowano wzmocnić za pomocą instruktorów ekonomicznych, nakazujących administratorom, ażeby śledzili poddanych, zamierzających uciec; zmuszano pozostałych do odrabiania pańszczyzny za zbiegłego, grożono plagami pod szubienicą tym, którzy wiedząc o zamiarze ucieczki, nie donieśliby o tym zwierzchności dworskiej itp.2). Wszystkie te jednak zastawy nie wstrzymały prądu, bo go parła niedola.
|


